niedziela, 7 maja 2017

Rozdział 53 - "Cisza przed Burzą"

[...] Draco spojrzał na niego odrobinę zawstydzony, ale momentalnie nad jego mimiką przejął stery ten stary dumny Malfoy, którego jeszcze tak dobrze pamiętałam. Posłałam mu w duchu pobłażliwe spojrzenie – Malfoy zawsze będzie Malfoy’em. Dokładnie w tej samej chwili usłyszałam odważne:
- Tak, to my. Mógłbyś nas zaprowadzić do Dumbledore’a? Musimy z nim... coś załatwić.


***

 Mina chłopka zrzedła, kiedy usłyszał nazwisko wymienione przez Draco. Chłopak spoglądał to na mnie, to na niego, wyglądając przy tym na coraz bardziej spanikowanego. Spuścił wzrok i odetchnął głęboko. Kiedy ujrzałam jego oczy wiedziałam, że musiało stać się coś, czego żadne z nas się nie spodziewało.
- Chyba musicie pogadać z kimś z „góry” – westchnął ciężko i gestem ręki wskazał nam kierunek do gabinetu dyrektora.
Czułam jak palce Draco coraz mocniej zaciskają się na mojej ręce. Widziałam jego zdenerwowanie. Zresztą byłam w tym samym stanie, bo chłopak przed nami zachowywał się co najmniej dziwnie. Miałam ochotę pomachać mu różdżką przed oczami i krzyknąć głośno: „To jest Hogwart, hello?” Powstrzymałam się jednak i starałam się zrozumieć o co mogło mu chodzić.
- Co to znaczy „z kimś z góry”? – wymamrotał Draco dziwnie słabym głosem, który chyba przestraszył chłopaka, bo jeszcze bardziej pobladł.
Zaczęłam rozglądać się dookoła Wielkiej Sali. Zaczynało nam się przyglądać coraz więcej uczniów. Każdy z nich miał coś w rękach i pracował ciężko nad sprawieniem, aby ta rzecz stała się użyteczna. Widziałam na ich twarzach zmęczenie, niekiedy nawet grymasy bólu. To było więcej niż zastanawiające.
Co prawda wiedzieliśmy bardzo dobrze o tym, że Voldemort planuje atak na Hogwart, kiedy tylko się tutaj pojawimy, ale nie wiedzieliśmy, że sama szkoła przygotowuje się do tego tak dokładnie. Myślałam, że...
- Bariery tego nie wytrzymają... – mruknęłam cicho.
Draco wbił we mnie zdziwione spojrzenie, a chłopak naprzeciwko nas odetchnął cicho, tak jakby przez cały czas rozmowy z Draco wstrzymywał oddech. Czyżbyśmy stali się tak samo onieśmielający jak Harry? Spróbowałam się uśmiechnąć na tą myśl, ale po minie mojego chłopaka wywnioskowałam, że wyszedł z tego jedynie grymas.
- O czym ty mówisz, Hermiono? – napięcie w jego głosie dotarło do mnie ze zdwojoną siłą.
- Mówię, że bariery, które chronią Hogwart przed wpływami z zewnątrz, nie wytrzymają ataku Voldemorta.
- Skąd możesz to wiedzieć? – zaśmiał się nerwowo, za co skarciłam go surowym spojrzeniem.
- Rozejrzyj się! – warknęłam. – Oni wszyscy szykują się do wojny. Popatrz na ich twarze i to co robią!
Draco omiótł spojrzeniem całą salę, po czym jego wzrok padł na chłopaka naprzeciwko nas. Obydwoje gapiliśmy się na niego dobre kilka sekund, dopóki Draco nie odchrząknął i nie puścił mojej ręki.
- Jak ty się w ogóle nazywasz, co? – zagadnął do chłopaka już trochę bardziej przyjaźnie.
- Andrew – odpowiedział i uśmiechnął się do nas szeroko. – Przepraszam, że tak się zdziwiłem na wasz widok, ale mówi się o was i o Harrym Potterze już od dobrych kilku dni! Cały Hogwart huczy, odkąd dostaliśmy informację o nieformalnej wojnie, wszyscy automatycznie zjawili się tutaj, w szkole, ale mnóstwo osób myśli, że to tylko jakieś bujdy i wyjeżdżają... zostaje nas naprawdę bardzo mało, większość rodziców przyjechała po dzieci. Myśleliśmy, że będzie nas więcej, ale... – spuścił głowę zawstydzony. – Zostali tylko ci z 7 roku, niektórzy z 6 i 5, którzy sprzeciwili się rodzicom... i kilkoro nauczycieli... ale to i tak bez sensu. Nie było was przez tak długi czas, że...
Cały jego entuzjazm opadł, a my w napięciu czekaliśmy na ostatnie słowa, które chciał do nas skierować. Sprawiał wrażenie, jakby te słowa nie potrafiły mu przejść przez gardło. Po kilku chwilach na jego twarzy zagościł smutny uśmiech, a kiedy zamierzał po raz kolejny dokończyć to zdanie, jego oczy zdawały się wręcz przepraszać.
- Wszyscy myśleli, że zginęliście. Tym bardziej, kiedy kilka godzin temu dotarła do nas informacja o aresztowaniu rodziny królewskiej we Francji.
Czułam jak moje nogi stają się miękkie. Musiałam oprzeć się na ramieniu Draco, żeby nie upaść – po raz kolejny. Draco przytrzymał mnie mocno i spojrzał ze spokojem w spanikowaną twarz chłopaka.
- Nic jej nie będzie, nie martw się. Bylibyśmy jednak ogromnie wdzięczni, gdybyś zaprowadził nas do dyrektora.
- Jasne – rzucił Andrew, po czym ruszył w stronę schodów.
Podążaliśmy za nim, wpatrując się w swoje splecione dłonie.
- Wizja była prawdziwa – stwierdził ostrożnie Draco, patrząc mi w oczy.
- Gdyby była fałszywa, nie zdecydowalibyśmy się na teleportację.
- Wiem – odpowiedział smutno.
Jednak ton jego głosu w niczym nie przypominał smutku, który widziałam w jego oczach. Taki smutek ja jednak czułam głęboko w sercu i nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że to jeszcze nie koniec beznadziejnych informacji.

***

Za drzwiami ujrzałam wszystkie twarze, o których istnieniu przez ostatnie miesiące niemal zapomniałam. Kiedy przekroczyliśmy próg, profesor McGonagall zamilkła i rzuciła mi zdzwione spojrzenie. Momentalnie kilka głów odwróciło się w naszą stronę.
Ulga, którą zobaczyłam na ich twarzach, nie tyle mnie zdziwiła, ile zrozumiałam, że to wszystko przeze mnie i przez moją ucieczkę. Dotarło do mnie jak głupim pomysłem było odcięcie się od nich wszystkich bez powiedzenia choć jednego słowa. W powietrzu aż czuło się zdenerwowanie.
Podniosłam głowę i spojrzałam na nich przepraszająco. Najbardziej zdumiony wydawał się Harry. Stał blisko profesorki i widać było, że jeszcze przed chwilą o czymś z nią zaciekle dyskutował. Miał skrzyżowane ręce na klatce i rzucał mi wściekło-zdumione spojrzenie. Czułam jak łzy napływają mi do oczu. Nie chciałam patrzeć na Draco, bo wiedziałam, że on musi to przeżywać jeszcze bardziej.
Ta cisza zabijała nas wszystkich po kawałku.
Kiedy po moich policzkach spłynęły pierwsze łzy, spuściłam głowę i westchnęłam ciężko. Chciałam coś powiedzieć, przeprosić... ale słowa ugrzęzły mi w gardle i nie była w stanie powiedzieć absolutnie niczego.
Kiedy poczułam jak ktoś ociera mi łzy kciukami i delikatnie bierze moją twarz w swoje ręce, byłam przekonana, że robi to Draco.
- Dzięki Bogu, że żyjesz, Granger -  usłyszałam szept Harrego. – Że jesteś cała i zdrowa...
Gwałtownie otworzyłam oczy i podniosłam głowę do góry. Harry Potter spoglądał na mnie ciepło. Zauważyłam, że nie marszczy czoła i że naprawdę musi czuć ulgę.
W oczach miał łzy...
- Gdyby coś Ci się stało... gdybyś i ty zginęła...
- Harry – szepnęłam, czując się jakby ktoś uderzył mnie po bardzo długim czasie snu -  Harry... przepraszam... naprawdę... przepraszam... nie chciałam... wybacz mi, błagam...
Nie dokończyłam, bo chłopak złapał moją rękę i przyciągnął mnie do siebie, zamykając w szczelnym uścisku. Totalnie się rozkleiłam, łkając w jego koszulkę.
Im więcej było łez, tym większą ulgę czułam. Oni o nic mnie nie osądzali, po prostu cholernie się martwili, a ja nie dawałam znaku życia.
Harry głaskał mnie po włosach. Powoli zaczęłam się uspokajać.
- Przecież mówiłem Ci, że zawsze będziesz dla mnie jak siostra. Tak bardzo się martwiłem, myślałem, że...
Poczułam jak do uścisku wprasza się Draco. Uśmiechnęłam się przez łzy.
- Tak bardzo za wami tęskniłam! – jęknęłam, kiedy Ginny próbowała mnie udusić, a Fred i George rzucili jakiś żart na rozładowanie sytuacji.
W ich spojrzeniach nie widziałam strachu, ale szczęście i zrozumiałam, że właśnie o to walczymy – o rodzinę i o przyjaciół.
„Aby Hogwart nie runął. Aby Dom pozostał Domem.”

***

- Udało wam się teleportować bez wiedzy strażników?
- Tak. – uciął krótko Mattie, próbując złapać oddech. – Gdyby nie ojciec, oni również zostaliby aresztowani.
- Czy on... – Gabrielle urwała w połowie, a jej głos zaczął się trząść.
- Żyje – stwierdził Mattie smutno. – Ale nie miał wystarczająco dużo siły, żeby teleportować się... tutaj.
Kobieta oparła się ciężko o ścianę i bez entuzjazmu spojrzała na ogromny zegar, wiszący w sali balowej. Jej oczy wyrażały smutek, ale na twarzy szybko pojawiła się determinacja.
- Ile mamy czasu?
- Niewiele – powiedział Mattie. Wydawał się być coraz bardziej zrezygnowany. – Wiem, że Hermiona i Draco są już w Hogwarcie. Strażnicy ministerstwa wkrótce dowiedzą się, że zwiałem z celi. Myślę, że Voldemort wie już o wszystkim... Ma kontakty wszędzie – ramiona Mattiego opadły, ukrył twarz w dłoniach i zdawał się być totalnie wypruty z jakichkolwiek emocji.
Gabrielle podeszła do niego i delikatnie ścisnęła go za ramiona. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Wiesz, że wszystko będzie dobrze.
- Mamo... – jęknął, ciągnąc palcami za końcówki swoich włosów. – Nic nie będzie dobrze. Jeśli zaraz czegoś nie wymyślę, oni wszyscy zginą!
- Nikt nie zginie, synu! – Gabrielle potrząsnęła jego ramionami i odwróciła jego twarz w swoją stronę.
Spoglądał na nią bezsilnymi oczami, które już całkowicie straciły nadzieję. Kucnęła przed nim, wzięła jego ręce w swoje dłonie i spojrzała mu w oczy, posyłając jedno z tych kojących spojrzeń, które w przeszłości tak dobrze na niego działały.
- Król Magii nie może się załamywać, skarbie. Musisz być dla nas ostoją... – mówiła cichym i spokojnym głosem.
- Ale ja nie wiem co robić, mamo! – krzyknął.
- Wiesz, co robić – powtórzyła jeszcze raz od początku. – Nawet jeśli tego jeszcze nie czujesz, to przyjdzie z czasem. – delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy.
Mattie zdawał się prowadzić walkę z samym sobą. Gabirelle wiedziała, że podjęcie właściwej decyzji zajmie mu trochę czasu. Miała jednak nadzieję, że będzie to właściwy wybór.

***

Sen nie jest najlepszą ucieczką przed rzeczywistością. Nie sądzisz, że pora już wstać?
Słowa rozbrzmiały w jej głowie niespodziewanie. Nie potrafiła otworzyć oczu, nie czuła ciała, dookoła było pełno mroku. Przeraziła się, że to już koniec. Czy wojna już minęła?
Wojna trwa, czarownico.
Powoli przypominała sobie ostatnie wydarzenia. Wiedziała, że na pewno znajduje się w Paryżu, bo właśnie tam była, kiedy przekazywała informacje Magom Francji. Jednak gdzie była w tym momencie? Dlaczego nie potrafiła otworzyć oczu?
To był Twój wybór, czarownico. My tylko pomogliśmy Ci poradzić sobie z magią.
Co znaczyła magia w ogromie tego wszystkiego czego doświadczała? Jak można było być zwykłym czarodziejem, kiedy na świecie istniały tak potężne starożytne moce?
Strażniczka Magii nie powinna czuć takiej żądzy, czarownico.
Chciała się tylko stąd wydostać.  Wiedziała, że powinna wrócić zaraz po ogłoszeniu wieści, ale magia zaczęła przeważać nad zdrowym rozsądkiem.  Czy to był jej rodzaj kary?
To nie kara, moja droga. To szansa doświadczenia czegoś… innego.
Czuła to, ale w dalszym ciągu bała się otworzyć oczy.
Musisz pokonać strach, czarownico. Kiedy to zrobisz, nic nie pozostanie już dla ciebie tajemnicą.
Jej myśli zaczęły błądzić. Szukała jednego, niesamowicie ważnego pytania. Czy Oni byli w stanie na nie odpowiedzieć?
My nie, ale tak potężna strażniczka może uzyskać odpowiedzi z pierwszej ręki.
Wahała się. Serce waliło jej jak młotem. Więc jeśli… Czy to możliwe…
Głęboki oddech.
Nawet to jak spełnić przepowiednię? To też przestanie być tajemnicą?
Otwórz oczy i się przekonaj, Strażniczko.

***

- Wyjdźcie – poleciła McGonagall, po czym zwróciła się w stronę naszej trójki. – Granger, Malfoy i Potter zostają. Resztę proszę o pomoc w zabezpieczaniu bariery.
Gdy drzwi ostatecznie się zatrzasnęły, profesor uśmiechnęła się dobrodusznie w naszym kierunku.
- Cieszę się, że Was widzę. Harry, jak wygląda sprawa z horkruksami?
Chłopak natychmiast spoważniał.
- Zostały co najwyżej dwa:  diadem Roweny Ravenclaw i pierścień Salazara Slytherina.
- Mówiono, że diadem został stopiony i zamieniony w pierścień – momentalnie wcięłam się mu w słowo.
- Nikt nie wie czy to jest prawda, Hermiono – zauważyła profesor McGonagall. – Gdyby tak było, Helena nie powiedziałaby Harremu o ukrytym diademie.
- A zrobiła to? – zapytał Draco z błyskiem w oku.
- Tak – Harry westchnął ciężko. – Ale muszę to najpierw sprawdzić. Draco? – Harry wyciągnął dłoń w stronę Malfoy’a i uśmiechnął się chytrze. – Wchodzisz w to?
- Pewnie, stary! – uścisnął jego rękę. – Swoją drogą… Ty i Ginny, to już oficjalne?
Odwróciłam się gwałtownie i wbiłam w Harry’ego przenikliwe spojrzenie. Za to on miażdżył wzrokiem mojego chłopaka.
- To miała być tajemnica, Malfoy – warknął przez zęby. Podeszłam do niego i chwyciłam go za ramiona.
- Co ma być oficjalne, braciszku? – zapytałam stanowczo.
Na jego twarzy zauważyłam determinację, ale pod wpływem spojrzeń moich i Draco, chłopak zaczął się przełamywać.
- Więc? – ponagliłam.
Draco przytulił się do mnie znienacka i konspiracyjnie szepnął mi do ucha:
- Ginny jeszcze nie pokazała ci pierścionka?
Pisnęłam i zakryłam usta dłońmi. Miałam ochotę skakać.
- Oświadczyłeś się jej?!
- No… na to wygląda…
- I nie zapytałeś mnie o zdanie?! – oburzyłam się. – To JA powinnam pomóc wybrać ci pierścionek i … i  w ogóle!
- Wiem – przytaknął. – Ale wiedziałem, że jesteś nie w formie, a chciałem to zrobić przed wybuchem wojny, więc… Poza tym Draco mi pomagał, a to prawie jakbyś ty też pomagała…  – Harry nieudolnie próbował się tłumaczyć, na co tylko uśmiechnęłam się z politowaniem i mocno go przytuliłam.
- Gratuluję, braciszku! Jestem z ciebie mega dumna – szepnęłam, tamując łzy.
- Dobra, koniec czułości. – Draco rozdzielił nas ramieniem. – Mamy robotę, pamiętasz Potter?
- Jasne – spojrzał na mnie. –  Uważaj na siebie, Miona.
- Wy również -  puściłam im całusa w powietrzu, po czym usłyszałam jak Draco z werwą wrzeszczy na cały korytarz:
- Adiós, amigos!

***

Kiedy pierwsze raz śmierciożercy zaatakowali Hogwart, wszyscy poczuliśmy się tak, jakby przez moment ziemia ruszała nam się pod stopami. Zamarliśmy w bezruchu, próbując wyczuć, co przeciwnik ma zamiar zrobić w następnej kolejności.
Nastała długa cisza, której nikt z nas się nie spodziewał.
Potem usłyszeliśmy ogromny huk.
Ziemia znów się trzęsła.
Spotkałam ich na wielu korytarzach, wściekłych, zbuntowanych, pełnych czarnej magii…
Kiedy zauważyłam pierwsze z zaklęć lecące w moją stronę, skamieniałam.
A więc to już ten moment…
Walczymy.
Wojna się rozpoczęła.
Poczułam migotanie na opuszkach palców. Pomimo strachu, dodało mi to otuchy. Starożytna magia – wymysł czy też prawda – uratowała mi już życie kilkukrotnie.
Ale wtedy byłam samotna i nie wiedziałam dokąd to wszystko mnie doprowadzi.
Teraz wystarczyło jedynie zaufać i dać się ponieść na fali.
Może wyniknie z tego coś, czego sama się nie spodziewam?
Uśmiechnęłam się chytrze i spojrzałam na mojego przeciwnika. Wiedziałam, że jestem od niego o niebo lepsza.
Zaufałam. Wszyscy zaufaliśmy.
„Dasz radę!” , pomyślałam i z tymi słowami w głowie rzuciłam się w wir walki.

****

Jeżeli już dotarłeś do tego miejsca, proszę Cię, skomentuj i podziel się ze mną swoją opinią :) To dla mnie naprawdę ważne! :*

Witajcie kochani! J
Mam nadzieję, że przetrwaliście zimę, święta, śnieg, deszcz, pierwsze roztopy i wszystkie egzaminy, które w ostatnim czasie się odbywały. Chciałam Wam także powiedzieć, że jednak te 4 miesiące w dalszym ciągu nic nie zmieniły, dalej o Was pamiętam, dalej chce ukończyć Antique Destination i dalej chcę pisać. Przynosi mi to ogromną radość, a świadomość, że dalej czekacie, jedynie bardziej mnie napędza, żeby pisać częściej J Czasem się to udaje, czasem mniej, ale ilość spraw, które mam na głowie momentami aż mnie przytłacza niestety.
Chciałabym podziękować Wam za wszystkie komentarze, które pojawiły się w czasie tych 4 miesięcy – jesteście niesamowici! :* Dziękuję! J
Wiosna rozkwita, mam nadzieję, że w tym roku zaskoczy nas naprawdę upalne lato! Życzę wam, abyście się nie poddawali, do końca roku zostało już naprawdę niewiele J
Całuję, Wasza Victorie la Roulette!





sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział 52 - "Ranga Poświęcenia"

Zdrajca!
To właśnie ona zdradziła, ona zapłaci, ona się rozliczy.
Jestem poetką, jestem przepowiednią…
Potok słów, morze natchnienia.
I nicość – ze skrajności w skrajność.
Upadasz, podnosisz.
Stare wspomnienia wracają.
Zmieniasz.
Zdrajca!
Oszukujesz sama siebie.

Kreśliłam te słowa, starając się utworzyć słowny portret tejże tajemniczej osoby. Litery biegały po kartce, a myśli w mojej głowie nie umiały się uspokoić – JA nie umiałam się uspokoić. Dziwnie żywa, dziwnie pobudzona… Jakby obudzona po długotrwałym śnie. Zrozumiałam, że dalej już tak nie mogę, musze działać, muszę wrócić do tego, co już kiedyś robiłam. Do przeszłości, żeby zrozumieć przyszłość, żeby znaleźć jakieś rozwiązanie. I on…
Nie miałam dosyć, chciałam raczej dowiedzieć się, dlaczego ciągle się pojawia, czemu przez niego w mojej głowie panuje taki mętlik… To był przypadek beznadziejny.
Tak bardzo za tym tęskniłam…
Czułam magię słów, przez te wszystkie miesiące żyły we mnie, ale nie potrafiłam ich odnaleźć. Ale dzisiaj już koniec. Trzeba wstać. Trzeba napisać. Karty historii – zapisane czy też nie – muszą zaistnieć.
- Jesteś gotowa?
- Trzymacie mnie tutaj od miesiąca – mruknęłam z irytacją – Oczywiście, że tak.
Starszy dostojny człowiek podszedł do mnie, widziałam w jego oczach to ojcowskie spojrzenie, którym Go zawsze obdarzał. Od niedawna ten przywilej należał również do mnie, ale  nie potrafiłam tego sobie ułożyć.
Kiedy obudziłam się w tej podparyskiej rezydencji królewskiej, myślałam, że to sen. Byłam zdezorientowana, zmęczona, ale … coś się zmieniło. Oni mi pomogli. Później przez miesiąc skakali dookoła mnie, jak wokół księżniczki, aby przypadkiem nic mi się nie stało.
Byłam w JEJ starym pokoju. Widziałam portrety, zdjęcia. Francuzka, zupełnie inna niż ja ją zapamiętałam. Znalazłam też jedno jego zdjęcie z czasów szkoły. Leżeli na nim przytuleni do siebie na tle jakiegoś jeziora. Mieli tak szerokie uśmiechy, że aż zachciało mi się płakać. Byli tacy szczęśliwi. Ona i on. Para książęca. Moi rodzice.
Dziadek stwierdził, że na początku muszę odwiedzić ojca, ale powiedział, że muszę nabrać sił, aby zobaczyć jego grób. Zgodziłam się.
Spędzałam z nim dużo czasu. Czytałam jego pamiętniki, oglądałam stare albumy. Poznawałam moją rodzinę.
Niewerbalna bitwa, którą rozpoczęliśmy, trwała. Wszyscy czekali. A ja się przygotowywałam.
On też mi pomagał. Był ze mną przez cały ten czas. Najgorsze były pierwsze dni, kiedy zupełnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Byłam słaba, tak bardzo słaba, że nie potrafiłam samodzielnie wyjść z łóżka.
- Zostaniesz ze mną? – mówiłam wtedy ochrypłym głosem. Nie chciałam, żeby wychodził. Potrzebowałam jego siły.
- Pewnie, skarbie – odpowiadał, dawał mi buziaka w czoło i delikatnie kładł się obok mnie. Wyganiała go dopiero moja babcia, która rankiem zastawała nas wtulonych w siebie, śpiących w najlepsze. I tak było codziennie.
Koszmary nie znikły. Dalej budziłam się oblana potem, z niemym krzykiem na ustach, ale tutaj jakoś inaczej do tego podchodziłam, spokojniej. Jeśli chciałam wygrać bitwę, nie mogłam polec już na początku.
Długopis zawisł nad przerażająco białą kartką. Powiedzieli mi, żebym napisała do niego list, żebym rozprawiła się z przeszłością. Przetarłam ręką wilgotne czoło i westchnęłam głęboko. Jak miałam cokolwiek napisać skoro ręce trzęsły mi się tak niemiłosiernie? Znowu miałam być taką zagubioną dziewczynką? Nie chciałam tego… Nie chciałam, aby oczy znów zaszły mi mgłą, za którą miałam zobaczyć siebie z przeszłości. Tu i teraz – to był czas na ostateczny rozrachunek.

Kiedy byłam małą dziewczynką, powtarzałeś mi, że mam nie bać się stworów spod łóżka. Kładłam się wtedy, przyciskałam poduszkę do policzka, zaciskałam powieki i starałam się zasnąć. Nie chciałam cię budzić i przychodzić do Waszego łóżka. Chciałam pokazać Ci, że jestem silna. Taka byłam.
To nie był wspaniały rok, muszę to powiedzieć ze smutkiem. To już nie czasy, kiedy wiara w magię przynosi nam szczęście… Moje czasy są dużo mroczniejsze, tak przynajmniej sądzę. Mam nadzieję, że nigdy nie byłeś zły na mamę, że zataiła przed tobą praktycznie całą siebie. Nie znaliśmy jej obydwoje – Jane Granger była dla nas zupełnie inną kobietą. Ale mimo wszystko cieszę się, że mogliśmy ją poznać. Nie wiem czy kiedykolwiek zdawałeś sobie sprawę z istnienia niejakiej księżniczki Jacqueline de Possible – myślę, że nie. Podobnie było ze mną.
Prawda mnie zmieniła, podejrzewam, że gdybyś wiedział, zmieniłaby również ciebie, dlatego cieszę się, że (prawdopodobnie) pozostawałeś w błogiej nieświadomości. Dowiedzieć się, że twój biologiczny ojciec poświęcił życie za ciebie i twoją matkę, kiedy byłaś  malutka to naprawdę spory szok. Jeszcze silniejsze musiało być przeżycie jego śmierci przez niejaką Jacqueline – teraz wiem, że byli parą z przepowiedni, która tak zmieniła nasze losy. Dlatego musisz mi uwierzyć na słowo, kiedy powiem, że była niesamowicie silną psychicznie kobietą. Ja nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu…
Tato, musisz wiedzieć jak wiele się nauczyłam. Wiem już, co to strata, wiem także, co to przebaczenie. Ból. Porażka. Załamanie.  Jeżeli kiedykolwiek czymś cię uraziłam lub zdenerwowałam to chciałabym także przeprosić. Może to nie jest najlepszy moment, ale wiem, że muszę to powiedzieć, aby poradzić sobie z tym, co wydarzy się ze mną w przyszłości.
Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy. Mam także nadzieję, że będziesz trzymał za mnie kciuki – w końcu udział w wojnie to samobójstwo, ale dam radę. Dla ciebie, dla mamy i dla David’a de  Roulette.
Kocham Cię!
Hermiona Granger

Włożyłam kartkę do koperty i ją zakleiłam. Nie miałam pojęcia, w którym momencie w moich oczach pojawiły się łzy. Mimo to uśmiechnęłam się. Już nigdy nie będę z tego powodu płakać. Wiem, że tata by tego nie chciał.
- To nie są już te same szalone łzy, które widziałem kilka tygodni temu. Co się zmieniło? – podniosłam oczy do góry i zobaczyłam Draco, który niedbale opierał się o framugę drzwi.
Bez cienia wstydu odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam jeszcze bardziej. Lekko wzruszyłam ramionami.
- Chyba wreszcie wiem, czego ode mnie chce ta przepowiednia – stwierdziłam.
- Tak myślisz?
- Jeżeli tak wiele osób oddało już życie, musimy zahamować rozwój tej zarazy – zbliżyłam się do niego. – Jacqueline gnije gdzieś w lochach, ty straciłeś ojca, ja ojczyma. Neville stracił rodziców, Moody został zamordowany – podniosłam rękę i ścisnęłam chłopaka za ramię. – Obydwoje wiemy, kto stoi za tymi zbrodniami.
- Mamy tylko po 17 lat – zaoponował, ale widziałam w jego oczach tę nutkę szaleństwa, którą widziałam już kilka lat temu w szkole. – Co planujesz zrobić? – złapał mnie za ręce i splótł nasze palce razem.
Wiedziałam, że to co mu powiem, nie spodoba się ani jemu, ani jego matce, ani mojemu wujowi, a w szczególności moim dziadkom. Aczkolwiek czułam, że to jest dobry wybór, prawidłowa decyzja. Śmierć wydawała się nieunikniona, ale piękna śmierć z bronią w ręku, walcząc o ideały, o życie innych, o przyjaciół i rodziny była tym do czego byliśmy stworzeni. 
Przepowiednia nie mówiła o władaniu monarchią, nie mówiła o władzy. Mówiła o poświęceniu się w imię wyższego dobra. Mówiła o śmierci. I ja wreszcie to rozumiałam.
- Król, który upadł, po swe źródło przybędzie, a tych który na tronie zasiądą, gdy świt blady wzejdzie i czarnoksięskie ugodzi serce, do fundamentów wprowadzi i korony na głowy dwóch rodów wsadzi…” – wyrecytowałam cicho, patrząc mu w oczy.
- Co chcesz mi przez to powiedzieć, Hermiono?  - Draco nieznacznie zmarszczył brwi.
- Chcę ci powiedzieć, że przez wieki, ludzie źle odczytywali sens tych słów. Jak myślisz, o kogo im chodziło?
- Króla Andre? – pokręciłam spokojnie głową, kiedy w oczach Draco zobaczyłam zdziwienie. – Więc kogo?
- Mattiego de Possible.
- Co to zmienia?
- Tu nie chodzi o zwykłą koronację, czy coś w tym stylu, Draco. Chodzi o prastarą magię, którą władali pierwsi czarodzieje, włącznie z samym Merlinem. Władała ją jeszcze moja prababka, którą kilka miesięcy temu zamordował Voldemort, myśląc, że w ten sposób skłoni moją matkę do przekazania mu tajemnicy. Prawda jest jednak taka, że tę tajemnicę znają jedynie trzy osoby na całym świecie.
Spoglądał na mnie tak, jakby właśnie wszystko zrozumiał, a jednocześnie to do niego nie dochodziło. Powoli zaczął kręcić głową.
- To jest niemożliwe. Hermiono, powiedz mi, że to są jakieś żarty! – potrząsnął moimi ramionami. Ja również potrząsnęłam głową.
- Mattie, Ja i Ty.
- Ale jak, skoro nie mam bladego pojęcia o prastarej magii? – Draco zaśmiał się nerwowo. Powoli zbliżyłam swoją dłoń do jego policzka i pogłaskałam go.
- Ja też nie, wiem tylko, że musimy się poświęcić – to nam przepowiedziano. To nasze antyczne przeznaczenie, Draco.
Jest kilka rodzajów spojrzeń, których doświadczysz w życiu i po kręgosłupie przejdą ci ciarki, a w spojrzeniu drugiej osoby zobaczysz iskry. Tak było i tym razem. Staliśmy blisko siebie i znów zaczynałam czuć ten inny rodzaj energii, który motywował mnie do zapomnienia o wszystkim i rzucenia się w wir walki o marzenia.
- Co planujesz? –szepnął tajemniczo, pochylił się i zetknął swoje czoło z moim. Nasze ręce były ciepłe i świeciły…
One znowu świeciły!
- Musimy tam wrócić. Musimy wrócić do szkoły… - szepnęłam drżącym głosem, zamykając oczy.
- Widzę gwiazdy w twoich oczach, Miona – usłyszałam jego zachrypnięty z podekscytowania głos. – I mnóstwo iskrzący się drobinek dookoła nas. To jest…
- Magia – uśmiechnął się z zadowoleniem i tuż przed zetknięciem naszych ust, mruknął:
- Hogwart – nadchodzimy!

***

Zimna mogiła z jedną, zamarzniętą różą pośrodku, a na kamiennej tabliczce dziwny napis, oznaczający dane osobowe. Wszystko po francusku. W mojej ręce trzymałam kurczowo bukiet kwiatów, kupionych nieopodal. Sprzedała mi je dziwna kobieta, z dziwnym akcentem, o dziwnie elektryzującym spojrzeniu. Eskortowało mnie kilku strażników, na czele których stał mój dziadek i mój wuj. Kluczyłam między rzędami grobów, ale okazało się, że mogiły ojca tam nie ma. Instynkt kazał pokierować mi się na jeszcze starszą część cmentarza. Tam znalazłam grobowiec rodziny Roulette.
Z zaciekawieniem spoglądałam na cztery uliczki, łączące się w jedną całość. Każda część była inna.
- Należą do czterech rodów królewskich – szepnął dziadek. Pokiwałam głową w podziękowaniu.
Przekraczając bramę, czułam na sobie spojrzenia innych ludzi – zwykłych czarodziejów. Słyszałam nieśmiałe szepty, widziałam gesty. Rodzina królewska nie często zjawiała się w takich miejscach.
- Kim ona jest?
- To król!
- Książę!
Odwróciłam się gwałtownie, słysząc, że zostaliśmy rozpoznani. Mattie uśmiechnął się w moim kierunku pobłażliwie.
- Na tą część mają wstęp jedynie członkowie rodów i osoby wyznaczone. Zapewne wszyscy zastanawiają się kim jesteś, Hermiono.
- Czy oni myślą, że ja… - nie żyję, dokończyłam w myślach. Jakoś nie mogło mi to przejść przez gardło. Słyszałam tę historię już tyle razy, że…
- Każdy wie, że po śmierci David’a, ty oraz twoja matka zniknęłyście. Nikt nie wie jak teraz wyglądacie, poza tym po tak długim czasie wiele osób sądzi, że oby dwie straciłyście życie krótko po tym jak moja siostra pochowała tutaj David’a.
Draco dyskretnie złapał mnie za rękę i lekko zacisnął na niej swoje palce. Jego twarz nie pokazywała zupełnie nic. Obydwoje wiedzieliśmy, że to szaleństwo przychodzić tutaj, podczas gdy Mattie był ścigany przez tymczasowy rząd Francuski, a ja formalnie przestałam istnieć. Jednak fragment przepowiedni nie dawał nam spokoju…
- Co się stanie, gdy przekroczymy bramę grobowca Roulettów?
                Mattie de Possible obdarzył mnie tajemniczym uśmiechem. Po plecach przebiegł mi dreszcz.
- To twoje przeznaczenie, droga siostrzenico. Wejdź, a przekonasz się.
Wiedziałam, że powinnam. Ale czy chciałam? Za drzwiami mogło kryć się wszystko. Jednak pragnienie było silniejsze niż rozum.
Kiedy przekraczałam bramę, poczułam, jakby całe moje ciało otoczyła bańka mydlana, jednocześnie przełamując pewnego rodzaju barierę strachu. Draco był tuż za mną i po chwili posłał mi to samo zdziwione spojrzenie.
Naszym oczom ukazał się ogromny grobowiec jednego z czterech rodów królewskich.
- Ich związek nie miał prawa istnieć…
- Ale istniał, Hermiono. – Draco stwierdził poważnym tonem. – Przepowiednia również istnieje – wyciągnął rękę w moją stronę. – Chodź. Już najwyższy czas.

***

Czułam się zagubiona, wchodząc do wielkiego grobowca i schodząc po schodkach coraz niżej pod ziemię. Nie czułam jednak tego, co zwykle powinno czuć się w takim miejscu. Pachniało jakimiś olejkami i ziołami, których nie potrafiłam zidentyfikować.
- Tysiące lat minęły, Draco. Skąd pewność, że tu nie chodzi o koronę?
- Mattie ma już koronę, Granger. Tu chodzi o magię. Antyczną Magię twoich przodków.
Spojrzeliśmy po sobie z nagłym wstydem w oczach. Ta starożytna magia uaktywniała się jedynie w starych magicznych miejscach, gdy się całowaliśmy. Jakoś nie potrafiłam sobie tego wyobrazić tutaj – nas całujących się przy setkach sarkofagów ze szczątkami moich przodków…
- Fuj! – szepnął Draco, delikatnie popychając mnie do przodu. – Musisz zawsze myśleć o wszystkim tak racjonalnie?
- A czy ty zawsze musisz brać to na takim luzie? – warknęłam i tym razem to ja popchnęłam go do przodu. Przepychaliśmy się tak nawzajem aż dotarliśmy do miejsca zatytułowanego jako świątynia tysiąca dziewięciuset osiemdziesięciu dwóch świec.
Stanęłam jak wryta. 1982. Rok śmierci mojego ojca.
- Draco…-  chłopak spojrzał na mnie z niepokojem. – To tutaj – powiedziałam, drżąc.
Ścisnęłam jego rękę i razem przekroczyliśmy próg.
A wtedy powietrze zawirowało tysiącem magicznych iskier.
Po raz kolejny.
Antyczna Magia ukoronowała serca i umysły.
Nasze dziedzictwo.

***

Próbował walczyć. Widział jak się zbliżają. Kazano im okrążyć cmentarz. Czekali. Zbliżali się metr po metrze. Kiedy Hermiona i Draco przekroczyli bramę, w nas wszystkich uderzyła tak silna magia, że mało kto potrafił utrzymać się na nogach. Mattie upadł na kolana, pokonany przez dawkę tak czystej magii, że aż sprawiło mu to ból.
Jednak w porę zorientował się, że ból powoduje również chłopak skuwający jego ręce oraz paraliżujący zaklęciem jego ojca i jego eskortę.
Zorientował się, że znaleźli się w pułapce, a kiedy tylko grobowiec Roulettów zostanie opuszczony, jego siostrzenica również zostanie schwytana. Gabrielle Marmoguet współpracowała z Voldemortem, który chciał śmierci Draco i Hermiony.
Jedynie co mógł w tym momencie zrobić, to próbować przedrzeć się przez ciemną mgłę, która nagle napadła jego umysł, tak aby nie mógł się skontaktować z nikim z zewnątrz. Wiedział, że to również sprawka jego oprawców. Walczył z sennością. Wiedział, że nie może się poddać.
Czas zdawał się zatrzymać…
Ostatkami sił spróbował wyobrazić sobie jasny, ciepły promień magii i posłać go prosto do Hermiony. Miał nawet wrażenie, że mu się udało.
Nie wiedział jednak czy to czas tuszuje jego wyobraźnię, czy jego magia naprawdę działa.
Jego twarz opadła na twarde kamienie, a ktoś przeciągnął jego bezwładnym ciałem po brukowanej ścieżce. Jeszcze zanim zupełnie stracił przytomność, poczuł to co nieuniknione.
Wiedział o poświęceniu.
To była śmierć.
„Król upadł…”

***

W euforii obserwowali prawie dwa tysiące migoczących iskier, które znajdowały się nad sarkofagiem. Nie chcieli rozłączać rąk ani wykonywać żadnych innych ruchów. To było po raz kolejny niesamowite.
Mogło trwać wiecznie. Czuli, że mogliby zostać tu na wieki.
- To silne czary przywiązujące. Myślisz, że to próba?
- Z pewnością, ale…
Przerwała nagle, wydając z siebie niekontrolowany okrzyk bólu. Poczuła ostrzeżenie i na moment zobaczyła świat czyimiś oczami z zewnątrz. Mnóstwo śmierciożerców…
- Na Merlina! – krzyknęła, próbując pozbyć się tych wizji z głowy, choć wiedziała, że są prawdą. Draco patrzył na nią przerażony.
- Co się dzieje? – wrzasnął i również osunął się po posadzce. – Aresztują Mattie’go! Cholera… To przekaz króla? – zdawał się jakby mówić sam do siebie. Po chwili wizja się urwała, w momencie w którym Mattie stracił przytomność, a król najwyraźniej wykorzystał większość swojej mocy. Chłopak spojrzał na Hermionę, która cała się trzęsła. Wciąż miała zamknięte oczy.
- Nie, nie, nie! – powtarzała jak w amoku.
Potrząsnął jej ramionami. Spojrzała na niego nieprzytomnie. Zobaczył w jej oczach smutek. Otwarła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Kolejny raz i kolejny…
- On również… Przepowiednia… Śmierć – mówiła zdenerwowana, załamując po chwili ręce – To nie tak miało być!
- Hermiona!  Co…
- ON umrze, Draco! – wrzasnęła rozpaczliwie.
Poczuł się, jakby ktoś go uderzył. Nie mogli dopuścić do śmierci Mattiego. Ani do żadnej innej.
- Musimy wracać, Hermiono.
- Wiem – zgodziła się, w jej głosie usłyszał smutek. – Gdybyśmy zostali moi dziadkowie przypłacili by to życiem.

***

Wychodząc z grobowca, rozglądałam się dookoła bardzo uważnie. Później złapałam Dracona za rękę i teleportowałam się.
Uderzył mnie gwar rozmów, aromat korzenny oraz ciepło. Poczułam się, jakbym wróciła po dalekiej podróży do domu.
Wielka Sala tętniła życiem – wiedziałam to, mimo wszystko dalej nie otwierałam oczu. Chciałam zapamiętać tę chwilę – na zawsze.
- Lepiej otwórz oczy. Chyba śnię… - stwierdził Draco, mocno zdumiony.
Więc ja również otworzyłam oczy.
Mnóstwo broni dookoła, rozbudzona kamienna armia, bandaże i eliksiry, bomby i inne materiały pirotechniczne. Zachwiałam się. Czy oni…?
Draco zaczepił jakiegoś młodszego ucznia, przebiegającego obok nas.
- Co tu się, do diabła, dzieje?
Chłopak spojrzał na niego zdumiony, jednocześnie trochę wkurzony.
- Szykujemy się do wojny. Hogwart będzie się bronił. Kiedy Granger i Malfoy się zjawią lada chwila mogą nas zaatakować.
To rozbiło mnie do końca. Wsparłam się na ramieniu Draco, aby nie upaść. On spojrzał mi w oczy i jeszcze raz powtórzył niemą obietnicę, którą przyrzekliśmy sobie kilka dni temu.
Do końca. Do śmierci. Aby Hogwart nie runął. Aby Dom pozostał Domem.
Mrugnęłam w jego stronę, aby wiedział, że się zgadzam.
Młodszy chłopak spoglądał to na mnie, to na Draco jakby powoli uświadamiając sobie kim jesteśmy.
- Jacie kręcę! To Oni! – wrzasnął na cały głos, a w jego oczach zauważyłam czysty zachwyt. – To wy!
Draco spojrzał na niego odrobinę zawstydzony, ale momentalnie nad jego mimiką przejął stery ten stary dumny Malfoy, którego jeszcze tak dobrze pamiętałam. Posłałam mu w duchu pobłażliwe spojrzenie. Malfoy zawsze będzie Malfoy’em. A już po chwili usłyszałam odważne:
- Tak, to my. Mógłbyś nas zaprowadzić do Dumbledore’a? Musimy z nim… coś załatwić.

***********************

Jeżeli już dotarłeś do tego miejsca, to proszę Cię, powiedz mi jaka jest twoja opinia i skomentuj! To dla mnie naprawdę ważne! :*

Witajcie!
Długo zastanawiałam się nad tym, co Wam tutaj dzisiaj napisać. Nie było mnie kolejne cztery miesiące. To były miesiące ciężkiej pracy i musiałam włożyć w tą pracę wiele, wiele wysiłku. Nadeszły święta, dzisiaj mamy Sylwestra – jak mi to ktoś powiedział ostatnio: czas, aby spojrzeć wstecz na ten rok. Mnóstwo wzlotów i upadków, co się tyczy również tego bloga… Jedynie kilka napisanych historii i rozdziałów. Cztery miesiące temu nie dawałam wam gwarancji, że kolejny rozdział się pojawi, a jednak jak się okazuje czekaliście!
Z tego miejsca chcę Wam serdecznie wszystkim podziękować! Przez ostatnie lata blogosfera i ludzie, których tu poznałam stali się dla mnie bardzo ważni! Ja dziękuję za to również J
Wszystkim Wam życzę udanego Sylwestra, cudownego Nowego Roku! Uśmiechu i optymizmu, nie dajcie się tej zimowej chandrze!
Całuję, Victorie la Roulette




poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Rozdział 51 - "Gotowi do Walki?"

Wspomnienia...
Szczęśliwe, radosne, przywodzące na myśl chwile pełne uśmiechu i odprężenia. Dzieci bawiące się na podwórku, dryfowanie na materacu pośrodku oceanu, piasek między stopami, purpurowo-czerwony zachód słońca.
Śmiech, pisk i plusk wody. Mokre ubranie. Cięta riposta. Kolejne wylane wiaderko. Krzyk, zmieniający się w śmiech. Szczęście...
W następstwie łzy.
Nadchodzi burza. Sztorm. Setka marynarzy właśnie dowiedziała się, jaki los podzielą dzisiejszej nocy. Smutek. Strach.
Rozgoryczenie.
Dwa koła i kierownica. Jedziesz samodzielnie! W końcu się udało. Za sobą zostawiasz krzyk uradowanej matki. Następstwa nie jesteś w stanie przewidzieć. Jesteś początkujący, co najwyżej raczkujący w świecie zdominowanym przez dorosłe matrony. Oddychasz, rozkoszujesz się wolnością. Koziołek. Jeden, drugi, trzeci. Krzyk i płacz.
Rozbite kolano, zdarte do krwi ręce. Po twarzy spływają Ci łzy. Przewrotny i chytry uśmiech losu. Nie spodziewałeś się.
Wspomnienia wracają w momentach, w których najmniej jesteśmy na nie gotowi. Sprawiają, że na twarzy pojawia się uśmiech albo przygnębienie. Często popadamy w stan dziwacznie zawieszony pomiędzy rzeczywistością a wyobrażeniem wspomnień.
Ulotne chwile życia, które mózg zarejestrował. Nasze i nikogo więcej. Pojedyncze klisze.
Jesteśmy prywatnymi fotografami, zawsze mamy najlepsze oryginały, nie musimy prosić o odbitki. Życie pisze własną, zadziwiającą historię. Co zobaczę po drugiej stronie ulicy?
Siebie.
Ale jakąś  taką inną. Niby chudszą, niby grubszą, zmizerniałą, po chwili tryskającą energią. Z fatalnym kolorem włosów i bez zrobionych paznokci. Zaśmieję się w duchu, bo tak naprawdę, po co mi to? Lustrzane odbicie, którym być może kiedyś się stanę, a może już nim byłam? Fala wspomnień zalewa mnie od nowa...
Wspomnień, które tak naprawdę kłamią...
Wszystko jest zinterpretowanym i zarejestrowanym obrazem. Moja wyobraźnia też przy tym majstrowała. Mam ochotę chwycić się za głowę i mocno nią potrząsnąć. Co tak naprawdę, wtedy się wydarzyło i jaki miało wpływ? Zniekształcone ciała, zniekształcone łzy...
Wspomnienia, które ranią...
Sprawiają, że trudno jest się nam pozbierać. Upadamy na samo dno, z którego ciężko jest się podnieść. Liczymy dni, liczymy lata. Poczucie winy nie ustaje...
Wspomnienia wracają. Głównie po to, by coś nam pokazać. Jesteśmy stworzeni, po to, aby uczyć się na błędach, aby czerpać z nich, coś wynosić. Nie koniecznie wiedzę. Może jakąś mądrość, nauczkę? Ale z pewnością nie ból.
Rozerwane serce? Czy je również można znaleźć w wielkim zgromadzeniu prób i błędów?
Wmawiamy sobie, że nie. Że nas nie spotka ból i przeżywanie tych wspomnień. Odgradzamy się grubym murem, próbując żyć.
Jakoś i na nowo. Żyć, nabiera innego znaczenia - oszukiwać samych siebie...
Codziennie rano, budząc się, mając przed oczami wspomnienie zdrady i bezsilności, mamy nadzieję, że to tylko złudzenie. Zakrywamy je pod grubą warstwą pudru i nawałem pracy, która absolutnie  "nie może"  poczekać!
Jednak to nie stawia nas na nogi. Jesteśmy jeszcze bardziej zagubieni, wyżywamy się na wszystkim. Bo nie możemy sobie poradzić, nie potrafimy...
Nie akceptujemy jednej ważnej rzeczy, najważniejszego czynnika, który sprawia, że cały czas chcemy, aby było lepiej.
Siebie.
Wspomnienia są naszą prywatną bronią, ale i ... niebezpieczeństwem.
A najgorsze jest to, że póki sobie wszystkiego nie uporządkujemy, ta broń może własnoręcznie doprowadzić nas samych do niewyobrażalnej zbrodni.
Czy to już odpowiedni czas, aby pozwolić wyobraźni zacząć działać?
Nadchodzi ostateczny rozrachunek, a przy takim...
Wszystkie chwyty dozwolone.

***

*LONDYN*
Wydaje mi się, że słyszę głos mamy. Nie wiem czy zrzucić to na majaki, czy na rzeczywistość, która od pewnego czasu ciągle płata mi figle. Mimo wszystko wciąż ją słyszę…
Zastygam w bezruchu, już nawet ból rozrywanego ciała nie jest aż taki ważny. Mamo... Gdzie ty jesteś? Czy mnie słyszysz? Mój głos wydaje mi się taki słaby, taki rozpaczliwy. Próbuję uchwycić się jedynej normalnej rzeczy w całym tym bałaganie... Czy to źle?
Chciałabym naprawdę usłyszeć jej głos, chciałabym, aby to ona mnie tuliła, to ona mówiła, że wszystko będzie dobrze. W jej ustach brzmiałoby to zupełnie inaczej. Lepiej.
Bezpieczniej.
Uścisk Tonks wzmacnia się wraz z tym jak z mojej piersi wydobywa się szloch. To już  nie są jedynie sny, ale prawda. Ze mną i z Draco dzieje się coś dziwnego. Przepowiednia uległa zmianie... Wiem to. Coś się zmieniło, a jednak te słowa dalej obowiązują. Przepowiednia wypełnia się…
Wiem jednak, że równowaga została zachwiana. Czuję to.

 "To dziedzictwo krwią opłacone być może.."

To stąd te krwawe sny, krwawe przepowiednie. Przodkowie chcieli mi przypomnieć, co stanie się, jeśli ja i Draco... Jeśli my... Będziemy "osobno".
Znów czuję uścisk w piersi. Strach... Co będzie jeżeli nie zdążymy? Jeżeli wojna już się rozpoczęła?
Zaczynam szamotać się z mocnym uściskiem rąk Tonks, która za wszelką cenę próbuje utrzymać mnie przy sobie. Nie udaje jej się to. Wyrywam się i próbuję ustać na nogach. Dotykam ścian, mebli, wzrok przesłaniają mi czarne kropki. Stoję przy starych fotografiach, na których widnieją puste plamy…

Sama je usunęłaś.

Walcz, mówi rozum!
- Hermiona! - słyszę z oddali. - Zaczekaj, stój! Jesteś wyczerpana.
- Nic mi nie jest - mówię z zaciśniętymi zębami. Tylko praktycznie nic nie widzę i nie umiem utrzymać swojego ciała w pionie. NIC MI NIE JEST, NIE ROZUMIECIE? Mam ochotę wykrzyczeć im to w twarz: Nic mi nie jest, a przynajmniej nie w takim stopniu, żebym nie była w stanie samodzielnie funkcjonować. - Mogę wracać... – mówię, zamiast tego.
- Gdzie chcesz wracać, Miona? - Tonks kręci głową z politowaniem. Słyszę jak wstaje i podchodzi do mnie.
- Do Hogwartu! Do Draco. - z trudem nabieram powietrze - Muszę go zobaczyć.
- Nigdzie nie jedziesz, Hermiono. Wracasz do łóżka i odpoczywasz - głos Lupina jest opanowany i stanowczy. - Tonks ma rację, nie masz siły, żeby dalej walczyć...
Obracam się gwałtownie, zwężając oczy i próbując skłonić mężczyznę, aby w nie spojrzał. Czy on właśnie rzucił mi wyzwanie? Serio?
- Nigdy - szepczę, a mój głos zaczyna drżeć. - Nigdy nie mów czarownicy, kobiecie, komukolwiek, że nie jest w stanie walczyć. My walczymy do końca, rozumie pan, profesorze?
Chyba zrozumiał, myślę, widząc jego zdziwiony wzrok. Niestety zdziwienie szybko zastępuje troska i litość. A we mnie rodzi się wściekłość. Nie chcę być tak traktowana. Chcę być z powrotem sobą. Tą cichą dziewczyną, z dwójką przyjaciół. Zwykłą czarownicą! 
Czuję jak moje ręce rozgrzewają się, widzę malutkie płomienie, jakby błyski światła. Podnoszę je szybko, sprawdzając, o co chodzi. Znów czuję energię, która przeze mnie przepływa. Istny kosmos...
Istna prastara magia!
Wzdycham z ulgą. Tonks ledwo zauważalnie odsuwa się ode mnie z szeroko otwartymi oczami. Widzę jej paznokcie, które wczepiają się w marynarkę Lupina. Boją się mnie? W takim razie dlaczego mi pomagają?
- Nigdy nie sądziłam, że zobaczę coś podobnego... - szepcze kobieta. W jej oczach widzę błysk zdumienia.
- Naprawdę jesteś Księżniczką Magii - wzdycha z zachwytem Lupin i lekko, z szacunkiem pochyla głowę. - Przepowiednia nie kłamała, Wasza Wysokość.
Zupełnie stracili rozum, myślę. Jednak wspomnienia wracają do mnie szybko, przypominając mi gabinet mojej matki, wszystkie stare, zakurzone, francuskie księgi. Różę. Album rodowy, księgę o francuskich rodach magicznych. Hrabiego Davida de Roulette i jego córkę...
Mnie.
Nasz wspólny rodzinny portret.
I wspomnienie ostatniej nocy -  tej, której został zamordowany.
Prawda okazuje się mniej bolesna, aczkolwiek dalej zdumiewa. Byłam okłamywana przez całe swoje życie! Całe życie znosiłam drwiny innych, choć okazuje się, że byłam dużo wyżej niż oni wszyscy... I po co to wszystko? Po co?!
- Po to, aby chronić ciebie i Malfoy'a - mówi Lupin cicho.
Czy ja to wszystko powiedziałam na głos? Mam wrażenie, że moje policzki płoną. Czy to dobry moment, żeby zniknąć? Żeby powiedzieć "stop"? Patrzę na nich i nie umiem się zdecydować. Zaufanie czy zdrada?
- Kto jeszcze wiedział? - pytam cicho, spuszczając głowę. Opadam ciężko na łóżko.
- Dopiero się dowiedzieliśmy... - próbuje wybawić się z opresji Tonks, ale słabo jej to wychodzi.
- W takim razie dlaczego dostałaś polecenia dotyczące zmiany tożsamości? - zadaję kolejne pytanie, tym razem z przekąsem.
Widzę jak wzrok Lupina zatrzymuje się to na mnie, to na jego żonie. Próba ocenienia pozycji? A gdyby tak wbić gwóźdź jeszcze głębiej?
- Pan nie jest lepszy, profesorze - dodaję. - Mógł pan już kilka lat temu powiedzieć Harry'emu, o co tak naprawdę chodzi w jego przepowiedni. Był pan jednym z nich... znał pan jego ojca! - mówię z wyrzutem. - Doskonale pan wiedział, że albo Harry albo On… Jeden… Musi zginąć - powoli zaczynam łkać.
- Hermiono, nie rozumiesz...
- Rozumiem doskonale, profesorze! Manipulacja, to się właśnie tak nazwa! Nigdy nie był pan po tej drugiej stronie? Nie czuł pan mocy, która rozrywa duszę? Która łamie łańcuchy? - Lupin blednie, jakbym właśnie wypomniała mu najgorszą sytuację w jego życiu. Obydwoje doskonale to pamiętamy: zimną noc, krwawiącą nogę Rona... Syriusza Blacka, który pochyla się i serdecznie ściska Harry'ego, proponując mu wspólne mieszkanie. Srebrny księżyc, rozdzierający krzyk. Strach.
Wilkołaka.
- Nigdy... - szepcze mężczyzna - Nigdy nie chcieliśmy nikim manipulować, Hermiono. Zakon miał i ma swoje zadania oraz tajemnice. Poza tym większość członków Gwardii Francuskiej myślała, że nie żyjesz. Ty i twoja matka zniknęłyście. A Narcyza była wierna mężowi i jego ideałom. Przepowiednia poszła w zapomnienie...
- Ale się odrodziła - dodaje z ożywieniem Tonks. - Jednak jest zagrożona! Więc naszym zadaniem jest chronić ciebie...
- A Draco? On się już nie liczy?
- On również jest członkiem starej arystokracji magicznej - mówi Tonks z zapałem. - Nad nim czuwa teraz twoja rodzina...
- A co moja, cholerna, rodzina ma do tego?! - unoszę się, nie wytrzymując już tego wszystkiego. Opieram się o ścianę i zakładam ręce w buntowniczym geście. - Co mają do tego moi "niby" dziadkowie, którzy całe życie się mną nie interesowali, hm? Magnorum Galli, prastare duchy, o których tyle mówi się w legendach? Albo dalsza część rodziny, ta ze strony ojca, którego nigdy nie poznałam? Pytam jeszcze raz, co oni mają do chłopaka, którego nigdy nie widzieli na oczy?!
Przy drzwiach słyszę odgłos upadku. Zaniepokojona odwracam głowę i widzę babcię, która kurczowo trzyma się ściany. Jej zazwyczaj silne spojrzenie mówi mi, że mam przestać. Chcę do niej podjeść, podtrzymać ją, coś powiedzieć, ale zatrzymuje mnie jej wyciągnięta i rozłożona dłoń.
- Dość! - szepcze stanowczym głosem.
Na mojej twarzy musi malować się nie małe zdziwienie, bo twarze Lupina i Tonks zastygają w tym momencie w osłupieniu. O co chodzi?
- Babciu...
Widzę jak kobieta robi głęboki wdech i ze świstem wypuszcza nagromadzone powietrze. Ma przymknięte powieki, nie widzę jej oczu. Ale słyszę ten głos... To tak jakby ktoś kopnął mnie w brzuch i nie pozwolił się podnieść.
- Nie widzisz do czego to wszystko zaczyna prowadzić? Jesteś ślepa, Hermiono? - jej słowa są jak ostra brzytwa, ale dopiero to, co zaczyna mówić sprawia, że staję w miejscu i zupełnie nie wiem, co mam ze sobą zrobić. - Zaczynasz zachowywać się jak rozkapryszona księżniczka, choć nigdy taka nie byłaś! Sodówka uderzyła ci do głowy, dziecko? Naprawdę nie zauważasz tych wszystkich znaków? Nie widzisz, że twój ojciec zsyła ci mnóstwo sygnałów, stamtąd - palcem wskazuje przejrzyste niebo za oknem. - Jeszcze nie zauważyłaś, że ta przepowiednia to nie jakaś głupia bajeczka tylko twoje przeznaczenie?
- Ale babciu... - próbuję jej przerwać, zrobić cokolwiek, by nie atakowała mnie w ten sposób, ale ona ma inne plany.
- Zdajesz sobie sprawę, dlaczego twoja matka się ukrywała, dlaczego zniknęła, umarła dla tego świata, dla świata czarodziejów? Waszego świata? - kręcę głową. - A może wiesz czemu jej rodzina się z Wami nie kontaktowała przez te wszystkie lata? Dlaczego pozwoliła umrzeć w pamięci świata największej Księżniczce Magii wszechczasów? Masz o tym jakiekolwiek pojęcie?!
- Nie... Ja... - oddycham głęboko i chcę cos jeszcze dodać, ale babcia po raz kolejny mi przerywa.
- Bo twój ojciec, hrabia David de Roulette, oddał życie, żebyś Ty mogła żyć, Hermiono! - kończy babcia, a jej głos jest mieszaniną szlochu i szeptu.
Oddał życie... Żebym mogła żyć...
Poświęcił się dla swojej córki...
Nie dla głupiej legendy zachowanej w Archiwach Magii.
Dla mnie...
Zupełnie tak jak Lily Potter poświęciła się dla Harry’ego.
Czuję nagłe zawroty głowy, kiedy w końcu wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.
- Kochał twoją matkę nad życie - mówi cicho Lupin, spoglądając ze współczuciem na moją przyszywaną babcię. - Każdego dnia to właśnie ona była dla niego cudem, obok którego się budził, z którym przeżywał dnie pełne magicznej miłości, którego ciało tulił do siebie na dobranoc. Kiedy okazało się, że kobieta, którą kocha, da mu dziecko... Dziedzica, dziedziczkę... - profesor wzdycha ze smutkiem, a w jego oczach widzę te wszystkie wspomnienia z moimi rodzicami, te lata, które razem przeżyli. - Był najszczęśliwszym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkałem…
- Wiem o wszystkim, Hermiono - wzdycha babcia. - Nie chcę cię tu zatrzymywać, ale wiem, że powinnaś posłuchać tej dwójki, bo wszystko co mówią, to prawda.
Słucham tego wszystkiego z zaciśniętymi ustami, z zupełnie wyschniętym gardłem i sercem, które chce wyskoczyć mi z piersi. Zapada niezręczna cisza.
Napięcie...
Robię pierwszy krok. Czuję się jak małe dziecko.
Nowonarodzona.
Chwiejnie podchodzę do okna i muszę się mocno przytrzymać parapetu, żeby nie upaść. Chwytam klamkę i szeroko otwieram ramę. Owiewa mnie zimne powietrze, którym mocno się zaciągam. Mam zamknięte oczy...
Znów staram się to zrobić, uświadamiam sobie. Chcę znów uciec, znów się poddać.
Trzeba iść do przodu, Hermiono... Stawić czoła tym wszystkim komplikacjom. I nieważne, co się dzisiaj stanie, bez względu na wszystko trzymaj się nadziei... Bądź wierna swoim ideałom, a wyrośniesz na prawdziwą kobietę...
Uśmiecham się zaskoczona, słysząc te słowa w swojej głowie. Powoli otwieram oczy i spoglądam w przejrzyste niebo.
Pierwszy promyk słońca próbuje się przebić przez gęstą strukturę lekko fioletowych chmur. Teraz już wiem, kto jest autorem tych słów. Potrafię przypasować twarz do głosu, ustalić tożsamość...
Hrabia David de Roulette.
Spoglądam w Niebo. Chciałabym go poznać, zobaczyć go...

Kocham cię, tatusiu. Gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że mnie słyszysz i że to wszystko było po to, abym w końcu się obudziła. Bo to był sen - nie życie, którym chciałam żyć...
Chciałabym ci tak wiele opowiedzieć, tato. Musimy z tym jednak poczekać jeszcze odrobinkę...
Ale teraz, w tym momencie... Chcę ci jedynie powiedzieć... Że pogodziłam się z tym wszystkim... Ludzie przychodzą... I odchodzą... Zrozumiałam... Że nie sprawię, aby wszystko było dobrze... Wieczność... Przede mną tyle osób, tyle zdarzeń... Tyle momentów...
Śmiech, plusk wody, piasek i dobra muzyka... Teraz jestem już gotowa...
Teraz jestem silniejsza... Bo wreszcie wszystko zrozumiałam... Wszystko sobie poukładałam... Rozłożyłam odpowiednie karty...
Nie jesteś już obojętna.
 Nigdy nie będę.
Dziękuję. Kocham Cię i ...
Do zobaczenia wkrótce, gdzieś tam, w przestworzach...

Po policzku spływa mi łza, przyrzekam sobie, że ostatnia podczas tej wojny.
Los, przewrotny czy nie, uczy. I nawet gdy opuszczą cię wszyscy, musisz wiedzieć, że masz siebie. Musisz sobie tylko zaufać... To nigdy cię nie zawiedzie.
Odwracam się. Na mojej twarzy pojawia się determinacja. Słowa, które zamierzam wypowiedzieć, płyną z ust zupełnie innej osoby - silniejszej wersji mnie.
Wiem, że w sensie fizycznym wyczerpałam jednak wszystkie siły. Otwieram usta, ale najpierw biorę głęboki wdech. To wszystko już zbyt długo trwa.
Pora zakończyć tę wojnę. Raz na zawsze.
- Jestem gotowa – mówię, po czym wyczerpana osuwam się na podłogę.
Zanim jednak tracę przytomność, w głowie słyszę dwa głosy połączone w jeden, które dają mi siłę, by dalej walczyć…

I pamiętaj…
Nigdy nie bój się zaryzykować.

***

Nazywają nas kobietami. Mówią feministki. Ubierają spodnie, obcinają włosy na krótko, idą do pracy, jeżdżą na motorach. Ukrywają uczucia - twarde jak skały.
Nazywają nas księżniczkami. Paniami własnego losu. Mamy idealnie proste zęby, perfekcyjnie skrojone garnitury, pracę, której każdy nam zazdrości. Zachowanie i nienaganne maniery.
A jednak sztywne, spięte, zestresowane... dążymy do celu. "Cel uświęca środki."
Nazywają nas wreszcie łajzami, uzurpatorkami, które niszczą marzenia innym. Ranią ciała, rozdzierają serca...
Ale nikt nie myśli o naszych uczuciach, o tym, co dzieje się wewnątrz. O troskach. O zmartwieniach. Mamy być twarde i koniec kropka. Twarde i nieugięte, zupełnie jak mężczyźni, którzy potajemnie śmieją się... "Chciałyście równouprawnienia, to je macie." Mamy zawsze myśleć o wszystkim i o wszystkich, wygrywać pojedynki, dokonywać cudów, pokonywać swoje słabości, wygrywać z losem.
Śmiech, szczęście...W następstwie łzy, rozgoryczenie.
Idealnie ułożone plany runęły.
Czara została przelana...
Jak to jest, kiedyś zostajesz zraniona? Czy to boli, czy rozdziera serce? Czy odechciewa się żyć? Jakie to uczucie? Co to ból, co to strach, co to pustka? Oderwany kawałek duszy. Strach przed jutrem - że będzie tylko gorzej.
Trzęsą mi się ręce, nie umiem opanować szlochu. Spływające po twarzy łzy wydają się coraz większe. W głowie pojawia się jedynie pytanie: d l a c z e g o ? formułowane ciągle od nowa, z innym brzmieniem i charakterem. Próbuję ich tłumaczyć, próbuję tłumaczyć siebie. Próbuję wytłumaczyć wszystko to, co się stało. Za późno...
Kłamstwo - boli jak najgłębiej wbity sztylet.
Oszustwo - sprawia, że rozpadasz się na kawałki, jesteś widmem tego, co było.
Prawda - rani najbardziej, sprawia, że już tak naprawdę nie wierzysz…
Zwijasz się w kłębek, chowasz. Roztrzęsiona obejmujesz kolana ramionami. Kołyszesz się. Próbujesz zapomnieć. I po raz kolejny pytasz samą siebie:
Ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać?

***
*PARYŻ*

Król Andre Possible stoi w drzwiach, w oczach jawi mu się przerażenie. Jedną ręką dotyka już klamki, w pośpiechu zakłada pelerynę. Jest źle, żeby nie powiedzieć strasznie. Narcyza i Mattie podnoszą Draco z ziemi i pomagają mu dojść do sofy. Jest wyczerpany, ale już nie na tyle, aby to mu zagrażało. Na ustach błąka mu się uśmiech.
Król spogląda po nich wszystkich jeszcze raz. Wie, że nie może tracić czasu - nie teraz, nie w momencie, gdy liczy się dosłownie każda minuta. Wojna... Wojna wybuchła.
To wszystko zmienia.
Półprzytomny Draco kurczowo trzyma się matki, Mattie wydaje się jakby niepotrzebny. Przy dużym balkonowym oknie stoi Gabrielle. Sprawia wrażenie silnej, panującej nad sytuacją. Wpatruje się w całą sytuację ze spokojem. Nikt z nich do końca nie wie, co stało się z Draconem. Król jedynie przypuszcza, że jego wnuczka jest w dokładnie takim samym stanie.
Cholerna przepowiednia! myśli z gniewem.
 Do czego to wszystko ich doprowadziło? Stracił zięcia, jego córka musiała się ukrywać, nas światem zawisła groźba wojny. Coś się stało z nią, z Hermioną.
Przepowiednia, która miała być wybawieniem... Okazała się przekleństwem.
Gabrielle patrzy w kierunku męża. Posyła mu nikły uśmiech. Boi się, myśli król. On jedyny zdaje się to zauważać. Widzi jak Gabrielle trzęsą się ręce, widzi wypieki na twarzy, widzi jej smutne oczy.
Czuje się zakłopotany swoim nagłym zrywem. Chce jej jakoś pomóc się z tym uporać, uspokoić ją. Ale wie, że ma ważniejsze sprawy, a ona zdaje sobie sprawę z tego, że musi się poświęcić dla dobra kraju. Dla dobra rodu.
Dla przepowiedni.
Wszyscy się poświęciliśmy, myśli król jeszcze raz. Wszyscy. Jednak minuta na pożegnanie nikomu więc już tutaj nie przeszkodzi.
Podchodzi do Gabrielle i przytula ją mocno do siebie. Kobieta wczepia się mocno w jego klatkę piersiową, jej ciałem wstrząsają pojedyncze dreszcze.
- Kiedy za ciebie wychodziłam... - zaczyna cicho - Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie rolę królowej.
- Wiem, skarbie – stwierdza Król ze smutkiem. - Ale wiedziałaś...
- Pozwól mi dokończyć, Andre... – wzdycha z lekkim rozdrażnieniem. - Życie pełne poświęcenia - o tym także wiedziałam. Jednak byłam na to gotowa. Dziewczyna ze wsi, arystokratka bez tiary… Jak się wtedy czułam? – oddycha głęboko, a w jej oczach król widzi tysiące bolesnych wspomnień. Jego ciałem wstrząsa nagły dreszcz. – Byłam nic nie znacząca dla dynastii.  I wtedy Książę, następca tronu, przyszły Król Magii, z którym potajemnie się spotykałam…
- Ujawnił swój związek z Tobą – Król Andre uśmiecha się szeroko i przygarnia Gabrielle jeszcze mocniej do siebie.
- Wzięłam z Tobą ślub, zostałam Królową Magii, Królową Jednej z prastarych dynastii magicznych…
- Wiem jak to było, skarbie – zauważa mężczyzna i spogląda jej w oczy zakłopotany. – Po co ty…
- Bo chcę Ci uświadomić, że mimo wszystko zawsze masz dokąd wrócić, Andre – mówi kobieta z zadowoleniem, że jej głos nie drży. Oddałaby teraz wszystko, żeby mieć męża tylko dla siebie. – Chciałam stworzyć coś więcej niż dwójkę ludzi, którzy są w sobie szaleńczo zakochani, którzy chronią przepowiednię. Chciałam stworzyć rodzinę…
- I udało Ci się, kochanie – Król całuje żonę we włosy i delikatnie głaska ją po plecach. – Trzymam w sercu słowa naszej przysięgi, Gabrielle. I obiecuję Ci, że nigdy się ich nie wyzbędę!
- Wojna może sprawić, że zapomnisz… Ja…Że my…
Twarz kobiety momentalnie znajduje się w dłoniach króla, który patrzy jej w oczy z głęboką troską i uczuciem. Powoli jego głowa zaczyna zaprzeczać, a jego usta cicho szeptać, próbując jednocześnie opanować drżenie rąk.
- Nigdy nie zapomnę, że cię kocham, Elle – kobieta spogląda na niego z zaskoczeniem, ze łzami wzbierającymi się w kącikach oczu. Tego pseudonimu używała, gdy się spotykali, aby nikt ich nie rozpoznał – Choć brzmi to mega tandetnie… - szepcze jej do ucha, próbując sprawić, żeby się uśmiechnęła. – Ale i tak NIGDY. Pamiętaj o tym, najdroższa.

***
*ARCHIWA MAGII - FRANCJA*
              
                  Nie masz absolutnie żadnego prawa, aby tutaj przebywać, młoda czarownico!
                Usłyszała wyraźnie ostrzegawczy ton maga, ale zbytnio się tym nie przejęła. Odgarnęła włosy z twarzy i pewnym ruchem przyłożyła dłoń do wrót.
Igrasz z ogniem, czarownico.
Głos odezwał się do niej ponownie, tym razem z chłodną wściekłością. Tłumione uczucia jednak przedostawały się i ona idealnie je wyczuwała. Uśmiechnęła się cynicznie, ale postanowiła trzymać język za zębami. Nie po to się tutaj fatygowała.
Delikatnie popchnęła stare drewno, wrota momentalnie ustąpiły.
Pewnym krokiem przekroczyła próg.
Czekał na nią młodzieniec, ubrany w ciemne szaty, ze staroświecką tiarą na głowie. Patrzył w jej stronę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zadarła brodę do góry i odważyła się spojrzeć mu w oczy.
Surowość. Potępienie. Wściekłość.
Zmiażdżył ją tym spojrzeniem, ale nie chciała się do tego przyznać. Z przerażeniem zarejestrowała również, że w jej głowie zaczyna kiełkować tępy ból. Miała ochotę jęknąć…
Tylko nie teraz!
Zanim się opamiętała, już wiedziała, że młodzieniec przed nią odkrył tą myśl. W jego surową minę wkradło się zaskoczenie, ale i cień zrozumienia. Starała się na nowo zamknąć umysł, ale wiedziała, że nie da rady. Ból zaczynał zabierać moc, której w tym momencie tak bardzo potrzebowała…
Powietrze stało się ciężkie od prastarej magii. Czuła, że ON się zbliża… Mimo że tak bardzo za nim tęskniła, nie chciała, żeby przychodził. Nie teraz… Nie w momencie, w którym musiała oznajmić światu, że nadchodzi wojna!
Wojna?
Młodzieniec rzucił jej pytające spojrzenie.
                Chwiejnym krokiem podeszła do ściany i złapała się jej jak najmocniej, próbując nie upaść. Ból rozsadzał jej czaszkę. W odpowiedzi spojrzała na czarodzieja zbolałym wzrokiem i z jękiem osunęła się po ścianie.
Co Cię tu tak naprawdę sprowadza, młoda czarownico?
Jego głos złagodniał, czuła to. Wiedziała również, że mimo iż wyglądał na jej rówieśnika, był o kilkadziesiąt lat starszy… Zaleta bycia Magnorum Galli.
Ktoś dotknął jej ramienia. Spojrzała na Maga nieprzytomnym wzrokiem. W tym momencie wydawał jej się taki ludzki… Tak bardzo ludzki, że aż dziwny. Nierzeczywisty.
Wzrok jej uciekał, błądził, szukał prastarej magii. Nikt nie mówił, że będzie prosto…
Mag zaczął poklepywać jej policzki i delikatnie nią potrząsał.
Jaki ludzki…
W pewnym sensie jestem człowiekiem. Ty również.
Uśmiechnęła się do niego szeroko. Czuła się tak, jakby była na haju. Nie miała żadnych oporów. Gdyby tylko nie ten przenikliwy ból…
Kim jesteś, czarownico?
Czuła jak wzbiera w nim irytacja, ale nie była w stanie mu odpowiedzieć. Uśmiech jej zrzedł, kiedy poczuła jak zaczyna brakować jej tchu. Pokręciła słabo głową, chcąc dać mu znak, że jest na granicy omdlenia.
Jednak w miarę szybko zauważyła błysk szoku w jego oku.  Jego uścisk wzmocnił się, a spojrzenie stało się uważniejsze. Miała wrażenie, że momentalnie otoczyło ich co najmniej kilkanaście innych osób.
Uśmiechnij się, czarownico…
Głos się zmienił, jednak Mag trzymający ją w ramionach uśmiechał się w jej kierunku z troską i życzliwością. No dalej, starały się mówić jego oczy.
Delikatnie uśmiechnęła się, ale tchnięta nagłym przeczuciem zrobiła to jeszcze szerzej. Po chwili każdy mógł zobaczyć jej śnieżnobiałe zęby…
Z wyjątkiem jednego. Zgniłozielony tatuaż. Ornament. Brzemię. Godło rodowe. Piętno…
Strażniczka Magii!
Ktoś zdawał się to krzyczeć, jeszcze inny szeptał to jak modlitwę, kolejni jedynie wpatrywali się w nią ze zdumieniem.
Czuła jak młodzieniec bierze ją w ramiona.
Jak się nazywasz, pani? Od dawna żaden strażnik nie fatygował się aż do Francji, aby przekazać nam wiadomość.
Jej głowa delikatnie opadła na jego ramię. Czuła, że ciemność wciąga ją coraz bardziej. Usta dziewczyny znalazły się tuż przy jego uchu.
Jak się nazywasz, czarownico?
Powtórzył to z naciskiem. Ona jednak nie była w stanie normalnie mu odpowiedzieć. Przekręciła głowę i ledwo dosłyszalnie szepnęła:
- Anabella Amanda Prevalet Malfoy.
Przerażenie. Zrozumienie. On wiedział, kim ona była. Wszyscy w tym miejscu wiedzieli. Mag spojrzał po twarzach zgromadzonych czarodziei.
To że ta dziewczyna leżała w jego ramionach, oznaczało tylko jedno. Ich twarze wyrażały kompletne zdziwienie, kiedy w myślach wszystkich pojawił się wyczerpany szept, który młodzieniec usłyszał chwilę wcześniej.
- Przybyłam, aby oznajmić Wam, że przepowiednia się wypełnia – skrzywiła się, zaczynając opadać w ciemność. Ból stał się nie do zniesienia. Słyszała swój zniekształcony głos, widziała ich proszące spojrzenia.
Nigdy nie potrafiła dobrze przemawiać do kogoś w myślach. Dzisiaj jednak chyba się to zmieniło. Ostatni raz rozwarła powieki i spojrzała młodemu Magowi prosto w oczy, przeszywając jego źrenice na wskroś.
­- Wojna się rozpoczęła, Magnorum Galli. Strzeżcie się!

***
*LONDYN*

Mężczyzna w podeszłym wieku z gracją teleportował się tuż przed nowoczesnym apartamentowcem  w zachodniej części Londynu. Momentalnie poczuł na sobie mokre krople deszczu. Nienawidził deszczu – zwiastował smutek i rozczarowanie, a jemu w tym momencie potrzebna była energia, aby zmierzyć się z rzeczywistością. Westchnął z ulgą, kiedy znalazł się wewnątrz budynku.
Odnalazł odpowiedni apartament i bez chwili wahania zapukał do drzwi. Otworzyła mu szczupła, dojrzała kobieta z pasmami siwizny we włosach. Miała uważne spojrzenie, a gdy zmierzyła go od stóp do głów, po kręgosłupie przeszły mu ciarki.
Pierwszy raz od wieków denerwował się czyimś spojrzeniem. Prychnął w duchu. Zazwyczaj to ludzie bali się jego, a jednak ta kobieta…
- Pani Granger? – Andre de Possible przełknął ślinę i spróbował się uśmiechnąć. Wyciągnął rękę w zamiarze przywitania się, ale kobieta nawet nie zaszczyciła jej spojrzeniem.
Spoglądała mu prosto w oczy z taką pewnością, która aż go przerażała.
- Wiem, kim pan jest – odezwała się chłodno – Jednak nie zamierzam kłaniać się przed panem, kiedy moja wnuczka słania się z bólu w pokoju obok. – Proszę za mną.
Duszą króla zawładnął szok i strach jednocześnie. Jednak ciągle powtarzał sobie, że przygotowywał się na taką ewentualność. Przecież gdyby wszystko było dobrze, Lupin nie wezwałby Mattiego, a co dopiero jego ojca. Lupin nie powiadamiałby Zakonu.
A właśnie to robił, bo kiedy Lynn Granger poprowadziła go do pokoju, wewnątrz ujrzał Albusa Dumbledore’a. Przystanął w progu, targany, już któryś raz tego dnia, wyrzutami sumienia. Ci wszyscy ludzie przez całe życie opiekowali się jego wnuczką i gdyby nie ich pomoc, ona już dawno byłaby martwa.
On jednak nie robił nic, bo przez całe 15 lat myślał, że ona i Jacqueline są martwe.
Nikt nie zwracał na niego uwagi, więc z napięciem skierował wzrok w stronę łóżka. Nie dostrzegł jej na początku. Była tak blada, że spokojnie mogłaby stopić się z prześcieradłem, a na jego tle wyróżniały ją jedynie kasztanowe loki, rozrzucone po poduszce. Coś ścisnęło jego serce w opętańczym bólu.
Jej twarz wykrzywiał ogromny grymas, który uwydatniał każdą bruzdę na jej bladej twarzy. Spojrzał niżej. Była tak chuda, tak wymizerniała, że spokojnie mogłaby uchodzić za anorektyczkę. Gapił się jak spod koszulki, którą miała na sobie, wystają przeraźliwie chude nogi, na których nie ma ani grama tłuszczu.
Nie mógł dłużej patrzeć. Nie taką chciał ją zobaczyć, nie taką sobie wyobrażał. Pięść wokół jego serca jeszcze mocniej się zacieśniła, a nieznośny głos w jego głowie powtarzał z uporem, że to JEGO wina.
Potarł zmęczone skronie i cicho odchrząknął.
To wystarczyło, by w pokoju wszystko na moment stanęło w miejscu. Trzy pary oczy spoglądały na niego z szacunkiem, ale według niego była to wyłącznie niema prośba o pomoc.
- Andre de Possible – przywitał się z uśmiechem Dumbledore. – Dawno się nie widzieliśmy, Wasza Wysokość.
- Nawzajem, Albusie – król ledwo mógł myśleć o uprzejmościach tytułowych, kiedy nieopodal Hermiona leżała totalnie nieprzytomna. Przemknął do jej łóżka, kiwając na powitanie Tonks i Lupinowi, którzy wydawali się bardzo spięci. Zmęczeni, podpowiedział królowi głos rozsądku. Rzucił w ich stronę przepraszające spojrzenie, ale oni jedynie uśmiechnęli się w odpowiedzi.
Przysiadł na skraju łóżka i z troską spojrzał w umęczoną twarz dziewczyny. W tamtym momencie czuł jedynie wstyd, że nie pojawił się w jej życiu wcześniej, że nie spróbowali z Garbielle odnaleźć Queline i jej nowego męża.
Wiedział jednak, że to nie moment na użalanie się nad sobą. Zebrał się w sobie. Musiał postawić Hermionę na nogi. Wiedział, że skoro wszystko już zawiodło…
- Maleńka… - szepnął, próbując opanować drżący głos. Ujął jej rękę w swoją, a drugą odgarnął kilka kosmyków kasztanowych włosów z jej oblanego potem czoła. Była tak podobna do Davide’a! – Wszystko będzie dobrze, musisz tylko walczyć, dobrze? – zagadnął łagodnym, usypiającym wręcz tonem.
Zatrzymał dłoń na jej czole. Miała gorączkę i czuł, że nie małą. Na jego twarzy pojawił się grymas. Coś go blokowało.
Próbował wszystkich sztuczek, które tylko potrafił, ale podświadomie czuł, że żadna nie pomoże jej jak należy. Westchnął z irytacją.
Postanowił spróbować jeszcze raz, gdy przerwał mu zmartwiony głos Albusa:
- Jest gorzej niż myślałeś, prawda?
- Ja… - nie był w stanie przyznać się do porażki. – Coś blokuje moje moce – wyznał.
- A co z Antyczną Magią? – w rozmowę wepchnęła się Tonks. Spojrzał na nią, czując, że ma rację.
Wysłał w jej stronę odrobinę uspakajającej magii i z zadowoleniem zauważył jak siada, onieśmielona nowym rodzajem energii.
Hermiona jęknęła, dalej pozostając w stanie  dziwacznego  otępienia.
Król zmobilizował całą moc, którą posiadał. Uruchomił rezerwy Antycznej Magii, pozostające w najdalszych zakamarkach jego umysłu. Wiedział, że dużo ryzykuje, ale to było potrzebne. Nie liczyła się jedynie przepowiednia… Życie Hermiony było ważniejsze.
Dotknął jej dłoni, próbując przedrzeć się przez gąszcz czarnych, autodestrukcyjnych myśli, czarno-magicznych zaklęć w głowie dziewczyny. Antyczna Magia brnęła dalej, a on przesyłał jej coraz więcej.
Wkrótce jego umysł ogarnęła niesamowita jasność.
Odetchnął głęboko z ulgą. Przesłał jej wizję spokoju i odpoczynku. Zabawy. Całkowity reset uczuć w tym przypadku dobrze jej zrobi…
Jednak zbyt szybko poczuł zwycięstwo. W momencie jego czyste intencje zaczęły przysłaniać jej wspomnienia…
Jakiś facet dobierający się do niej… Krzyk… Ból… Gwałt… Uczucie zdrady… Śmierć… Mężczyzna cały we krwi… Ojciec… Draco… Odkrycie prawdziwego pochodzenia… Groźba… Próba porwania… Rozpacz…
Momentalnie otworzył oczy. Zawładnął nim gniew na tego, kto zrobił jej to wszystko. Ścisnął jej dłonie jeszcze mocniej. Odetchnij, kochanie…
To już przeszłość.
Teraz jesteś bezpieczna…
Nic ci nie grozi. Nie pozwolę, aby ktokolwiek jeszcze kiedyś cię skrzywdził.
Król mówił to spokojnie, z troską i miłością. W pewnym momencie zauważył jak twarz Hermiony zaczyna się rozluźniać, a jej ciało ze spokojem zapada się w materacu, pogrążając się we śnie. Jednak wcześniej usłyszał w swojej głowie, słaby dziewczęcy głosik…

Draco. Potrzebuję Draco.

- Już wkrótce, maleńka – szepnął i delikatnie ucałował ją w czoło. – Kocham Cię.
- Co się dzieje? – wyjąkała Tonks, opierając się na ramieniu Lupina.
- Już w porządku – Andre spojrzał im w oczy i uśmiechnął się, mimo zmęczenia jakie nim zawładnęło. – Najgorsze mamy już za sobą. Aktualnie śpi.
- Całe szczęście – w powietrzu dało się usłyszeć głośne westchnienie ulgi.
- Co się działo, zanim tutaj przybyłem? – zapytał Andre Lupina władczym tonem.
- Kiedy ją znaleźliśmy, majaczyła. W ogóle nie było z nią kontaktu. Próbowaliśmy nawiązać kontakt i nam się to udało, a wtedy ona… Wpadła w histerię. Zdemolowała cały pokój…
- Po czym COŚ jakby ją zatrzymało. Zdawało się jakby toczyła z kimś walkę…
- Bo toczyła – odparł król ze spokojem. – Ze sobą. Ktoś bardzo ją skrzywdził.
- Wiem, o tym – Tonks przytaknęła. – Następnie zaczęła się z nami kłócić, a do rozsądku przemówiła jej dopiero pani Granger. I wtedy jakby coś w niej pękło…
- Na końcu powiedziała, że jest gotowa.
- Wojna… - Andre wypluł to słowo z ust, czując podchodzącą do gardła żółć. – Jest gotowa walczyć. Przyjęła do wiadomości swoje pochodzenie i przeznaczenie…
- Więc co dalej? – zapytał z nieskrywaną ciekawością Dumblerodre.
- Nic – odpowiedział król ze spokojem. – Hermiona jest w dalszym ciągu bardzo słaba fizycznie, wręcz wykończona psychicznie. Potrzeba jej odpoczynku.
I Dracona Malfoy’a, dodał w myślach.
- Nad  światem zawisła wojna, a ty… - Dumbledore wyraźnie starał się trzymać nerwy na wodzy. Andre posłał w jego kierunku promień czystej pojednawczej magii. – Możemy nie zdążyć na czas, Andre.
- Zdążymy – zapewnił król. – Voldemort nie wyśle śmierciożerców na Hogwart, dopóki nie upewni się, że albo Hermiona, albo Dracon nie będą wewnątrz tej bitwy.
- Czyli czekamy – podsumował profesor.
- W y czekacie. Ja zabieram Hermionę do Paryża. Musi być teraz pod stałą kontrolą magomedyka.
Dumbledore poprawił ze zmęczeniem oprawki okularów i spojrzał w kierunku starego przyjaciela ze spokojem.
- Wiem, o tym, Andre. Zawsze wybierałeś właściwie. Powiadom mnie, kiedy Hermiona się obudzi.
Król kiwną głową na znak zgody. W głowie zadźwięczało mu pytanie pełne napięcia.
Chodzi o przepowiednię, prawda? O N I muszą zregenerować się razem…
Tak, odpowiedział Andre. Teraz Hermiona bardziej niż wody potrzebuje jego obecności. Paryż to bezpieczne miejsce, Albusie.
Obyś się nie mylił, Andre.

***

- Czemu mi zaufałaś? Jak to się w ogóle zaczęło między nami?
Pomyślałam to zupełnie w tym samym momencie, w którym głos zadał mi pytanie. Rozpoznałam go od razu, jednak nie miałam odwagi odwrócić się i spojrzeć mu w twarz. Było mi wstyd za to, co zrobiłam. Wszystko jawiło mi się jak jakiś skomplikowany sen, z którego od miesięcy nie potrafiłam się wybudzić.
Jego dotyk zmienił wszystko.
Poczułam dłoń na ramieniu. Mimo że chciałam się rozluźnić, momentalnie zesztywniałam. Wiatr owiewał mi odkryte ramiona, a długa, sięgająca do kostek, czarna suknia powiewała delikatnie pod wpływem letniego nadmorskiego wietrzyku.
Czułam dziwny rodzaj energii, odkąd wyszedł do ogrodu. Kiedy mnie dotknął, okruchy magii zawirowały, a mnie nagle zrobiło się słabo. E k s c y t a c j a.
Ale oprócz tego wszystkiego czułam się ogromnie pusta. Jak gdyby ktoś wydrążył moje wnętrze, a wraz z nim wszystkie uczucia i emocje.
Draco objął mnie i stanowczym ruchem przyciągnął do siebie. Próbowałam się odsunąć, ale dalej trzymał mnie przy sobie.
Nie chciałam odpuszczać, ale wiedziałam, że stoję na przegranej pozycji. Sądząc po jego wyglądzie był tak samo wyczerpany jak ja, jednak zdołałby mnie powstrzymać, gdybym zaczęła się wyrywać.
Odetchnęłam głęboko i spojrzałam mu prosto w oczy.
Z niechęcią stwierdziłam, że widzę w nich udrękę, rozpacz, wyczerpanie… t ę s k n o t ę. Stanęłam jak wryta, kiedy on spojrzał na mnie w taki sam sposób. Wiedziałam, że w moich oczach ujrzał to samo.
- Kochanie… Tyle czasu – jęknął z bólem i nie zważając na mój upór, przyciągnął mnie do siebie, tak że zaczęło brakować mi powietrza.
Czując jego skórę, wdychając jego zapach, przytulając się do niego… Poczułam tę tęsknotę, którą zobaczyłam w jego oczach. Poczułam ją całą sobą. Wstrząsnął mną dreszcz, kiedy zrozumiałam jak wielki błąd popełniłam, jakie to było szczeniackie i głupie.
Wtuliłam się w każdy zakamarek jego ciała najmocniej jak tylko potrafiłam. Nigdy więcej, nie zniosę tego! Chciałam to powiedzieć, ale z moich ust wydobył się jedynie słaby szept:
- Czemy ty zaufałeś m i ?
Nie odpowiedział, ale widziałam, że się nad tym zastanawia.
- Byłaś całym moim światem, Hermiono. Nie wyobrażałem sobie związku bez zaufania. Dawałaś mi je…
- Ale je zerwałam prawda? – zapytałam, choć obydwoje doskonale znaliśmy prawdę.
- W momencie, w którym – Draco ze świstem wypuścił powietrze i ujął w dłonie moją twarz, zmuszając mnie, abym spojrzała mu w oczy – mnie przeprosiłaś i wybiegłaś, zdałem sobie sprawę, że naprawdę Cię straciłem i nie czułem nic poza palącym mnie poczuciem winy. Byłem jednak wściekły. Obwiniłaś się za to, że zrujnowałaś moje życie, co było totalnym absurdem. Ale kiedy Harry I Blaise mi to uświadomili, powiedzieli również, że zniknęłaś. Nie mogłem tego pojąć, bo Hogwart był w tamtym momencie najbezpieczniejszym miejscem…
- Nie zostałam porwana… - wydukałam, a na moje policzki wystąpiła czerwień. Co ja sobie myślałam?! On jednak ciągnął swoją opowieść dalej.
- Ale po tym, co zostawiłaś w swoim dormitorium, bez wahania stwierdziliśmy, że tak. Szukał cię cały Zakon, Granger! – jęknął, kręcąc głową z politowaniem, po czym lekko potrząsnął moimi ramionami. – Co robiłaś, gdzie byłaś? Czemu u c i e k ł a ś ? Czemu się ukrywałaś?
Westchnęłam przeciągle.
- Musiałam dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu. Czułam się tak strasznie zagubiona… Próbowałam rozwikłać tak wiele zagadek. Byłam w domu.
- Domu?
- W Anglii. W domu moich rodziców. Gabinet mojej matki to… To istna twierdza starej francuskiej magii i pamiątek z okresu młodości Księżniczki de Possible i Hrabiego de Roulette.
- Twoich rodziców – potaknął ze zrozumieniem. - Co działo się później?
- Moja matka zostawiła mi list, który ostrzegał przed kimś. Potem zemdlałam, a ocknęłam się dopiero, kiedy mugolska policja próbowała ustalić moją tożsamość. To był koszmar, ale moi mugolscy dziadkowie… Byli tam i zabrali mnie do siebie, do Londynu.
- Majaczyłaś, prawda?
- Skąd wiesz? – zagadnęłam zdziwiona. – Tylko Lupin i Tonks…
- Chyba wyczułem to podświadomie. Czarny Garnitur… - zaczął, po czym utkwił we mnie bolesny wzrok.
- I Biała Sukienka. – dokończyłam z niechęcią. – Też miałeś tą wizję?
- Tak – przyznał z obrzydzeniem. – Chyba chcieli nas przestrzec przed konsekwencjami.
Odeszłam od niego i usiadłam na rozżarzonym piasku, który nie zdążył jeszcze dobrze ostygnąć. Zamoczyłam bose stopy w wodzie, która natychmiast ostudziła stado myśli, które miałam w głowie. Byliśmy nad Morzem Śródziemnomorskim? Skąd to powietrze, ten krajobraz?
- Co będzie dalej? – zadałam to pytanie, pełna obaw. Co jeżeli on zerwie więź z przepowiednią?
- Kto wie… - zamyślił się. – Od kilku dni trwa wojna. Choć na razie niema… Podejrzewam, że szybko to się jednak zmieni.
- Nie zostawisz mnie samej?
Pytanie zawisło pomiędzy nami, a napięcie momentalnie zgęstniało. Draco cały się spiął, ja zresztą również. Westchnął głęboko.
Nastała martwa cisza.
- A chciałabyś, żebym Cię zostawił, Granger? – dotarł do mnie jego rozbawiony głos.
Poderwałam się do góry i obróciłam na pięcie. Naprawdę w tym momencie chciałam mu przywalić, ale opuściłam mocno zaciśniętą piąstkę z powrotem wzdłuż ciała. Cieszyłam się jak głupia, że mi wybaczył! W tym momencie każdą cząstką swojego ciała pragnęłam jedynie, aby mnie przytulił i pocałował.
- Obydwoje wiemy, że jesteśmy ze sobą złączeni. Na wieki, skarbie – uśmiechnęłam się chytrze.
- Zastanawiam się, skąd bierzesz te tandetne teksty, Granger – prychnął chłopak, na co we mnie zagotowała się krew. Tandetne?!
- Powiedziałabym raczej: ponadczasowe.
- Przereklamowane, kotek – stwierdził z pewnym błyskiem w oku. – Dajmy już z tym spokój, serio. Stęskniłem się z Tobą, Hermiono – dodał ze szczęśliwym uśmiechem na pół twarzy.
Przytulił mnie do siebie i razem weszliśmy na pełną obcych mi ludzi salę bankietową. Złapał mnie za rękę i delikatnie kciukiem zaczął kreślić na mojej dłoni nieskomplikowane wzorki.
- Kto wybierał tą scenerię? – burknęłam sceptycznie.
- Myślę raczej, że to jest wspomnienie – kiwnął głową na bawiącą się w oddali młodą parę. Wyczułam, że obracamy się w kręgach wysokiej arystokracji, więc automatycznie wyprostowałam sylwetkę i przykleiłam do twarzy szeroki uśmiech. Nachyliłam się do Draco i mocno wczepiłam się w jego ramię.
- Czyje? – syknęłam.
- Och, z pewnością kojarzysz tego gościa, o tam – wskazał na niesamowicie przystojnego pana młodego z koroną wysadzaną rubinami na głowie.
Spojrzałam w tamtym kierunku z niepewnością, a wtedy poczułam jak oddech Draco łaskocze mnie tuż za uchem. Już myślałam, że chce mnie pocałować, gdy on szepnął mi z zadowoleniem odpowiedź:
- Twojego dziadka. Króla Magii Andre de Possible.


***
Każdy kto czyta, niech skomentuje. Choćby kropką! ;) To dla mnie naprawdę ważne! Dzięki!! <3

Kochani, minęły 4 miesiące! Szmat czasu, prawda? Wiem, że zastanawiacie się nad sensem tego, dlaczego cały czas piszę to opowiadanie i je ciągnę, ale bardzo dawno temu postanowiłam sobie, że dokończę tą historię za wszelką cenę. I to zrobię. :) Wiem, że nie jestem w stanie zagwarantować Wam, kiedy pojawi się nowy rozdział i jak długo będziecie musieli czekać, ale mimo to mam nadzieję, że będziecie. Jak na razie życzę Wam jednak abyście się niczym nie przejmowali i niczego nigdy nie brali do siebie. Trzeba być silnym mimo wszystko i wierzyć w swoje siły, wierzyć w siebie! Oprócz tego wyszalejcie się w te wakacje, złamcie kilka zasad wciągu tych ostatnich dwóch tygodni! Mówię Wam, nie pożałujecie!
Dziękuję, że ze mną jesteście, ściskam mocno i zapraszam do napisania komentarza! 
Wasza Victorie la Roulette :)